Zapraszmy do lektury o naszej pracy....

 

Testerka wierności zagra każdą rolę: opiekunki do dziecka, kobiety-wampa, nieporadnej urzędniczki. Wodzi na pokuszenie i rzadko przegrywa, bo zdrada to tylko kwestia czasu

 

Testerka wierności ma za zadanie poderwać figuranta i sprawdzić, czy jest gotowy zdradzić swojego partnera.
Scenariusz jest prosty. Agentka niby przypadkiem upuszcza portfel, figurant podnosi go i zagaduje. Dobrze sprawdza się też numer z kartą płatniczą, która przy kasie odmawia współpracy albo z kawą, która wymyka się z rąk niezdarnej agentki i nagle ląduje na koszuli ofiary. Jak trzeba zagrać nieporadną gąskę, agentka siłuje się z korkiem od wlewu paliwa. Ale nie zawsze wszystko idzie tak gładko. Bywa, że doprowadzenie obiektu do zdrady zajmuje miesiąc i wymaga większej finezji. Czasami trzeba uczyć się hiszpańskiego, jazdy konnej, tajników łucznictwa. - Nie ma wagonu, którego nie da się odczepić. To jest tylko kwestia czasu - mówi Sara, testerka wierności.


Figurant (także obiekt) to ten, kto jest podejrzewany o zdradę. Agent to operacyjny, tester wierności. Ma za zadanie poderwać figuranta, sprawdzić, czy jest gotowy zdradzić partnera, zleceniodawcę. Ale zanim wkroczy do akcji, dostaje od zleceniodawcy dane operacyjne, czyli wiedzę na temat figuranta. Każda informacja jest na wagę złota i może zdecydować o powodzeniu akcji: zainteresowania, ulubiony pub, drink, perfumy, kuchnia, sport, sposób spędzania wolnego czasu. Dopiero po zdobyciu potrzebnych informacji powstaje scenariusz działania. Jaki? To kwestia indywidualna.
Zagram każdą rolę: opiekunkę do dziecka, stewardesę albo ekspedientkę. Będę zwykłą dziewczyną lub kobietą wampem, grzeczną dziewczynką lub ognistą kotką. Tak reklamują się agencje testerów wierności. I dalej zapewniają: Nie ograniczamy się do wieczornego wypadu do baru. Zadanie wymaga długich tygodni obserwowania i analizy materiału. Muszę zrozumieć sposób myślenia mojego celu, dowiedzieć się, co mu się podoba. Dopiero wtedy mam narzędzia, by zapędzić cel w pułapkę.
Ufaj, ale sprawdzaj, czyli w miłości jak w biznesie


Sara raz jest blond blacharą, a innym razem świetnie wyedukowaną bizneswoman. W agencji pracuje od maja, jest najlepsza. Dlatego szef zleca jej najtrudniejsze zadania. Ostatnio musiała wyjechać za figurantem aż na Ibizę. Żonie powiedział, że jedzie załatwiać interesy. Ale ona wiedziała, że znowu będzie ją zdradzał. Wynajęła testerkę, bo miała dosyć. Chciała zdobyć dowody, by rozwieść się w sądzie na swoich warunkach.
- Dwa tygodnie nad nim pracowałam - opowiada Sara, policjantka z Katowic. Długonoga blondynka, klasyczna piękność z męskich fantazji. - Zadanie skończyło się, kiedy przy śniadaniu zaproponował mi, byśmy poszli do jego pokoju. Klientka powiedziała, że nie potrzebuje więcej dowodów. Innym razem musiałam zapisać się na kurs hiszpańskiego, bo cel był lektorem. Już na trzeciej lekcji dostałam zaproszenie na indywidualne zajęcia w domu.
Na co dzień Sara pracuje w jednym z katowickich komisariatów. Ale ta praca ją męczy i wyczerpuje psychicznie. Dlatego dorabia jako testerka, bo dorywcze zajęcie oprócz pieniędzy daje jej satysfakcję, odpręża, sprawia przyjemność. - Jedni lubią bawić się klockami, ja lubię flirtować - przyznaje bez ogródek. Jest bardzo pewna siebie. Kiedy pytam ją o najtrudniejsze zlecenie, bez zastanowienia odpowiada, że nie ma takiego.

- Jestem świetną aktorką, błyskawicznie wchodzę w każdą rolę. Nie mam z tym żadnego problemu - śmieje się. - I uprzedzę pani kolejne pytanie. Nie, nie ma żadnych wyrzutów sumienia. Sama też nie chciałabym być okłamywana. Wyznaję zasadę: ufaj, ale sprawdzaj. To jak w biznesie. Zanim wchodzisz w jakiś interes, sprawdzasz wspólników, badasz rynek. Z miłością jest tak samo. Nie warto inwestować swoich uczuć w ciemno.
Sprawa się przedłuża, a rachunek rośnie. Kwiaty kosztują

Branża testerów wierności kwitnie, choć jest w Polsce stosunkowo nowa. Ma nawet swoje żniwa, które przypadają na czas bożonarodzeniowy i Walentynki, bo właśnie wtedy klienci najczęściej podejmują życiowe decyzje: o oświadczynach, ślubie czy urodzeniu dziecka. Zanim zdecydują się na ten krok, chcą się upewnić, że dobrze ulokowali uczucia. Moda na osobliwy biznes przyszła do Polski z Wielkiej Brytanii, gdzie agencje honeytrap (słodka pułapka) pojawiły się w 2000 roku. Ale okazuje się, że pomysł jest dużo starszy, bo już podczas I wojny światowej tak właśnie nazywane były kobiety-szpiedzy, które uwodziły żołnierzy wroga w celu wyciągnięcia tajnych informacji.


Choć żaden z właścicieli agencji nie chce mówić o tym głośno, wiadomo, że agentami są także profesjonalni aktorzy, którym wejście w zadaną rolę sprawia najmniej problemów. Nowi przechodzą krótkie przeszkolenie. O szczegółach takiego treningu testerom wierności nie wolno mówić. Wiadomo, że zajęcia odbywają się z psychologiem. Potem agenci zaczynają od teoretycznie prostszych zadań. Choć scenariusze działania rodzą się zwykle w wyniku burzy mózgów w większym zespole, praca agenta w dużej mierze opiera się na improwizacji, bo reakcji figuranta nie sposób przewidzieć. Zdarza się, że jeden agent prowadzi jednocześnie kilka spraw. Rano jest Marcinem - przedstawicielem handlowym, w południe Robertem - pracownikiem banku, a wieczorem lekarzem Adamem. Wtedy trzeba prowadzić dokładne notatki, żeby się nie pogubić: terminy spotkań, raporty z randek, numery telefonów.

52 sprawy w rok. Są powody do świętowania

Techniki operacyjne są coraz bardziej wymyślne, bo o agencjach testerów mówi się coraz więcej, a i sprawa agenta Tomka, który zniszczył karierę polityczną posłanki Sawickiej, wyczuliła ludzi na manipulację i prowokację. Statystyki są jednak porażające. Na 10 zleceń , zwykle osiem kończy się sukcesem, czyli na korzyść klienta, który dostaje dowody niewierności partnera.


Agencja Honeytrapper zatrudnia 10 osób: 6 kobiet i 4 mężczyzn. Działa od roku a już ma powody do świętowania. Przeprowadziła 52 sprawy, większość pomyślnie, dlatego jeszcze przed świętami szef zabiera swoich agentów wraz z ich rodzinami do Hiszpanii.

- Chodzi o to, by partnerzy naszych pracowników poznali nas i zrozumieli, na czym polega ta praca - mówi Bartłomiej, właściciel wrocławskiej agencji testerów wierności. - To bardzo ważne. W zeszłym miesiącu musieliśmy pożegnać się z jednym z naszych agentów, bo, jak się okazało, jego partnerka nie wiedziała, czy się zajmuje. Wyniknęły z tego spore nieprzyjemności.
Wyrzuty sumienia? W tej branży nikt ich nie ma. Właściciele agencji mówią, że pomagają i przytaczają przykłady zleceń, w którym agentka czy agent mieli za zadanie uchronić figuranta przed zdradą.